100-lecie przybycia Księży Saletynów do Dębowca

Homilia bpa Mariana Rojka z Przemyśla 
z okazji 100-lecia przybycia Księży Saletynów do Dębowca

Msza dla chorych – 16.09.2010

Czcigodni Siostry i Bracia w Chrystusie Panu zgromadzeni w tym maryjnym dębowieckim sanktuarium, które w tym roku świętuje 100-lecie przybycia Księży Misjonarzy Saletynów ze Szwajcarii na podkarpacką ziemię i rozpoczyna w duchu dziękczynienia swój Jubileuszowy Rok. Drodzy chorzy i cierpiący oraz ci, którzy w jakikolwiek sposób dźwigają krzyż swoich codziennych dolegliwości. Pozdrawiam Was naznaczonych znamieniem bólu, tu obecnych przed obliczem Matki Bożej Płaczącej, zatroskanej o świętość i zbawienie swoich dzieci, czyli nas wszystkich wpatrujących się w tę znaną na całym świecie sylwetkę maryjnej postaci.

Składam uszanowanie gospodarzom i opiekunom tego szczególnego miejsca, Księżom Misjonarzom Saletynom a także Was wszystkich, kapłanów, braci, kleryków i siostry zakonne, pielęgnujących charyzmat i powołanie do głoszenia Orędzia Przebaczenia Matki Bożej z La Salette, witam zgodnie z przynależną wam godnością i pełnionym urzędem na czele z księdzem Prowincjałem i z księdzem proboszczem parafii oraz kustoszem tego szczególnego miejsca. Pozdrawiam wszystkich obecnych tu kapłanów z dekanatu i diecezji rzeszowskiej, modlące się z nami Siostry zakonne, dzieci, młodzież, rodziny i starszych a także osoby łączące się z nami duchowo.

Pragnę podczas tej świętej Eucharystii również zauważyć i uhonorować tych, których powołanie i wykonywana praca stale złączone są z tajemnicą człowieka chorego, a więc kapelanów szpitali, lekarki i lekarzy, pielęgniarki i pielęgniarzy, personel medyczny, osoby pracujące w laboratoriach, farmaceutów, aptekarzy, personel techniczny w bardzo szerokim znaczeniu a szczególnie obsługujących wszelkie aparaty i urządzenia bezpośrednio służące chorym i ich zdrowiu w szpitalach oraz różnego rodzaju sanatoriach.

Dębowiec dla każdego z nas wiąże się z tajemnicą objawień Najświętszej Maryi Panny z La Salette, Bożej Matki i duchowej Opiekunki każdego z tu zgromadzonych. Przecież właśnie do Niej biegniemy z naszymi różnorakimi strapieniami, a szczególnie wtedy, gdy przychodzi na nas krzyż choroby. Podobnie jak z ogromną ufnością, każde dziecko kieruje się do swojej ziemskiej matki, gdy dotknie je jakiekolwiek cierpienie.

Oto sto lat temu święty przemyski Biskup Józef Sebastian Pelczar wyraził zgodę na to, aby wasze orędzie Księża Misjonarze Saletyni, jakie przekazujecie nam z ust Matki Bożej Pojednawczymi grzeszników, mogło rozbrzmiewać swą pełnią właśnie z tego dębowieckiego miejsca. Pojednanie, to nie tylko charyzmat waszego Zgromadzenia, ale dosłownie to saletyńska misja, jaką jest nieustanne przypominanie światu, iż nie ma pojednania bez przebaczenia, które jest kluczem do rozumienia miłości i miłosierdzia Boga, do tajemnicy zdrowia duchowego, ale też i fizycznego każdego z nas, ludzi na różny sposób dotkniętych chorobą ciała i ducha.

Chciałbym dzisiaj z wami wszystkimi, zatrzymać się na chwilę, podczas tej Eucharystii, przy fragmencie dzisiaj usłyszanym a pochodzącym z Księgi proroka Jeremiasza.

Na każdego z nas przychodzi taki czas i takie doświadczenie, iż zaczynamy narzekać. Niewątpliwie również i w tym sanktuarium, częściej niż w innych okolicznościach, cisną się u wielu ludzi na usta, pojawiają się w ich sercu, słowa głębokiej skargi, jakiegoś żalu. Zazwyczaj owe pretensje kierowane są do Boga, do naszej Niebieskiej Matki, do innych osób, do całego świata, do nas samych. Najzwyczajniej, nie zgadzamy się z naszym cierpieniem i chorobą.

A przeciwko czemu buntuję się ja sam, o co upominają się chorzy, starsi, opuszczeni? Na co narzekają pracujący w szpitalach i tam się leczący, ci wielcy tego świata i ci mali, ci wpływowi i ci jedynie cierpliwie czekający na swoją kolejkę? Ci co mają coś do powiedzenia i ci, których słowo dla Narodowego Funduszu Zdrowia nie ma żadnego znaczenia? Tematów byłoby wiele i osób do wylania swojego żalu, też by nie zabrakło. Być może, że ci użalający się, czują się potem trochę lepiej, zdrowiej, gdy wyrzucą z siebie, to co ich przygniata, denerwuje, co im doskwiera.

Czy narzekanie osób na różny sposób doświadczonych współczesną sytuacją w Służbie Zdrowia, moje utyskiwanie, potrafi coś zmienić w konkretnych faktach, rzeczach, ludzkich postawach? Łatwo jest się do tego przyzwyczaić, a wtedy nie podnosimy siebie nawzajem na duchu, lecz jeszcze bardziej nas samych i innych zadręczamy, zasmucamy, wprowadzamy w uliczkę bez wyjścia.

Dobrze się mówi o tym, temu, co go może trochę jedynie głowa boli i spać nie może oraz ma jakieś drobne kłopoty z oczami, czy z sercem. A co ma powiedzieć ten, co w szpitalu długo leży oraz wiele operacji przeszedł, nawet zdążył już zapomnieć, co to znaczy być człowiekiem zdrowym i właściwie nie liczy na wyzdrowienie. Jeżeli już, to ma nadzieję jedynie na cud. Co taki człowiek ma powiedzieć?

A może warto i trzeba, pomimo wszystko, dostrzegać to co dobre, co piękne, co szlachetne. Umieć odkrywać pośród tych wszystkich przeciwności i boleści to, że życie jest jednak darem. Także i moje własne, na którym ciąży krzyż cierpienia, choroby, starości, bólu, osamotnienia.

Właściwie to mam do wyboru dwie perspektywy, dwa rodzaje spojrzenia na życie. Widzieć tylko to, co boli, co jest chorobą, cierpieniem, krzyżem, niesprawiedliwością. Lub też dostrzegać również i to, iż obok tych dolegliwości jest jeszcze w moim życiu wiele dobra, uczciwych ludzi, szlachetnych lekarzy, szczęśliwych chwil, za które warto dziękować i nimi się cieszyć.

Oto prorok Jeremiasz prezentuje nam dzisiaj dwa obrazy, takie dwie perspektywy spojrzenia na nasze życie. Dziki wysuszony krzak na stepie i drzewo zasadzane nad wodą. Wyraźne i konkretne symbole, które każdego z nas niemalże zmuszają do postawienia sobie pytania: jak ja chcę żyć?

Najpierw Jeremiasz opisuje męża, który całą swoją nadzieję pokłada tylko w człowieku i opiera ją na samym sobie. Tacy ludzie, budujący swoje życie na tym co z natury słabe i ułomne, a co chce uchodzić za ostateczne, niezmienne, zawsze młode, trwałe i boskie, niestety muszą się boleśnie zdziwić. I prorok przybliża swoim słuchaczom, skutki owej ludzkiej postawy. Konsekwencje, których nam nie wolno nigdy zapomnieć.

Taki człowiek podobny jest do dzikiego krzaku na stepie. Daremnie czeka na deszcz, który zaspokoiłby jego pragnienie i oczyścił z brudnego kurzu. On jest na spalonej pustyni. A nawet gorzej, znajduje się na ziemi słonej, która w tym upale, pragnienie czyni czymś jeszcze trudniejszym do zniesienia, niż to zwykle bywa, dla kogoś normalnie łaknącego wody.

I jakby tego wszystkiego jeszcze było za mało, na dodatek jest to miejsce bezludne, to znaczy, że on jest sam. Już gorszej sytuacji, od tej ukazanej przez proroka, nie można sobie wyobrazić. Zapytajmy się: co to jest za człowiek, którego Jeremiasz opisuje w taki sposób?

Zestawmy z tym obrazem nasze pragnienia, osobiste życie i wszelkie pojawiające się troski. Mój świat koncentruje się na mnie, na moich zmartwieniach, na własnych chorobach, na prywatnym egoizmie, na przedziwnej niechęci do przebaczenia drugiemu tego czym on wobec mnie zawinił. Nie widzę i nie słyszę tego, że ktoś inny szuka możliwości, by mi coś ważnego powiedzieć, by mi w czymś istotnym pomóc. Nawet, gdy tym szukającym kontaktu ze mną jest sam Bóg. Czy z takiego krótkiego patrzenia i płytkiego myślenia o moim życiu, wyniknie jakieś dobro dla mnie samego?

Jeremiasz ma jeszcze inny obraz. Odmienne spojrzenie na życie, które dzisiaj przedstawia swoim słuchaczom. Przecież są tacy ludzie, którzy siebie i swoje życie zawierzyli Bogu, liczą na Niebieskiego Ojca i Jego miłość, których nadzieją jest On sam.

Interesującym jest to, iż tu nie ma mowy o tym, że owemu człowiekowi wszystko w życiu wspaniale się układa, że nie ma on żadnych problemów, chorób, cierpień, codziennych niepowodzeń, krzywd doznanych od innych. Prorok Jeremiasz bardziej myśli o kimś, kto pomimo tego, że miałby konkretne powody do narzekania na swój los, to jednak zawierzył Bogu, na Nim się oparł i na Nim w życiu polega.

Pomimo tego – a może właśnie dlatego, - iż tak jest doświadczany przez życie i cierpienie, całą swoją nadzieję opiera na Bogu. Na Bogu jako tym jedynym, który w beznadziejnej sytuacji, w tej chorobie, może jeszcze cokolwiek uczynić. Nawet, gdyby to nie było związane z przywróceniem zdrowia, zniknięciem problemów, zakończeniem cierpienia, przerwania bolesnych doświadczeń, ale tylko ze zmianą dotychczasowego spojrzenia, na to co przeżywam, na moje życie, na bliskich i dalekich mi ludzi, na moją miłość do innych, na moją wieczność.
I widzimy, jak po raz drugi, Jeremiasz maluje ten obraz, w taki mocny sposób, że nie da się go zapomnieć temu, kto słucha jego słów. Ów błogosławiony człowiek jest jak drzewo zasadzone nad wodą. Ono jest we właściwym miejscu i swoje korzenie może puścić ku życiodajnemu strumieniowi.

Prorok podkreśla dalej w swoim tekście, że ten człowiek, nie jest wcale tak chroniony i zabezpieczany przed wszelkim doświadczeniem i różnymi problemami życia. Także i temu drzewu nad wodą doskwiera upał pustyni, ale go nie niszczy. Jego liście są nadal zielone, ono przyniesie oczekiwane owoce i wcale nie musi się martwić, gdyż czerpie ze źródeł, które nie przez człowieka zostały uczynione.

Aby tak żyć, mimo tego, czego doświadczamy z zewnątrz, od innych ludzi, trzeba nam wielkiego pokoju ducha, czystości intencji, myśli, pragnień i czynów, sumienia, które wydaje o nas dobre świadectwo. Może znajdą się też i tacy, którzy nie wierzą w istnienie i funkcjonowanie takich właśnie zależności i reguł w naszym ludzkim życiu, ale to już jest ich sprawa i ich problem. Nie zamierzam ich tu przekonywać.

Kłopoty i troski, które się pojawiają, są po to, aby się z nimi zmierzyć, a nie czekać z założonymi rękoma, na to, że Bóg, Matka Boża, ta tu czczona w swym saletyńskim wizerunku czy inne osoby za nas rozwiążą nasze sprawy. Prorok Jeremiasz chce ludzi, zarówno swych rodaków, jak i nas, dzisiaj tu zgromadzonych w tym maryjnym sanktuarium, chorych i zdrowych, pobudzić do pytania, jakie musimy sobie stawiać każdego dnia podczas wieczornej modlitwy, czyniąc osobisty rachunek sumienia za mijający dzień: jakim jestem człowiekiem? Jakim człowiekiem okazałem się dzisiaj? Czy czuję się bardziej podobny do dzikiego krzaku na stepie, czy raczej do drzewa zasadzonego nad wodą?

Bo to się może zmienić w obydwie strony, zależnie od okoliczności, z dnia na dzień. Tak jak zdrowie można nagle utracić z dnia na dzień, albo je odzyskać. Siostro i Bracie, gdyby to jednak było konieczne, to pozwólmy sobie, aby właśnie wtedy Bóg pomógł zmienić nam punkt patrzenia na życie. Nasze miejsce spalone na pustyni, ziemię słoną i bezludną, swoim błogosławieństwem zamienił w krainę zieloną z żywym strumieniem wody. Amen.
bp Marian Rojek z Przemyśla